Królik antyspołeczny
9 sierpnia 2010„My, obrońcy krzyża! My, prawdziwi Polacy!” Ciekawe… Cóż takiego manifestują ci niezłomni, ci prawdziwi, ci miłujący prawdę? Oczywiście, ICH prawdę! A ta jest jedyna, niepodzielna, do jednego narodu należąca i tylko ICH narodowi patronująca! „Prawdziwym Polakom, prawdziwa prawda się należy! Krzyż ją zaświadcza! I ona nas złączy!” Uff! Jak dobrze, że ja do tego ICHNIEGO narodu nie należę! Nie znoszę szantażu ideologicznego i emocjonalnego, nacjonalistycznego terroryzmu, dewocyjnych krucjat religijnych, nienawiści w walce o miłość, tyranii jednego modelu demokracji i prawd objawionych w śnie pijanego clowna! I jako tak postrzegający tę hucpę, powinienem - jak chce jeden z manifestantów - „na klęczkach błagać naród o przebaczenie”. Tak… „Kiedyż dojdziemy do dni, w których mówić o głupstwie, że jest głupstwem, nie będzie zdradą stanu?!” - już dawno wzdychał Norwid.
A skoro już pada tutaj tak gęsto słowo „naród”, wspomagane jeszcze przez „prawdę” to może warto zastanowić się, cóż te pojęcia znaczą? Może manifestujący mają swoje racje, nazywając siebie narodem? Może potrafią udokumentować i to, że są „prawdziwymi Polakami”? Może nawet bez cudzysłowu? Bo - co widać na pierwszy rzut oka i słychać po pierwszych dźwiękach - łączy ich na pewno język, kultura, religia i historia. A że ubogi to język? Niska kultura? Sekciarska religia? Krótka historia? Cóż, każdy naród ma swoje prapoczątki… Chociaż trudno byłoby udowodnić, że twórcy prapoczątków są świadomi swojej… prapoczątkowości! To jest możliwe tylko w mitach, ale nie w historii!
Ciekawe, że przytoczenie nazw wartości, które mają patronować tej walce popchnęło i moje myślenie ku osobistym pierwocinom rozważań na te tematy. Ku Modrzewskiemu, Potockiemu, Skardze, Staszicowi, Kołłątajowi, wspomnianemu już Norwidowi, Brzozowskiemu… Różne to inspiracje? Różne poglądy? Fakt, ale z nich można wywieść więcej niż z jakichkolwiek encyklopedycznych definicji. Tym bardziej, że w przypadku narodu i prawdy, nie mówiąc już o społeczeństwie jako kategorii socjologicznej, są one wyjątkowo niejednoznaczne. I tu jest pies pogrzebany! W pojęciu społeczeństwa!
Jeśli nawet przyjmiemy, że tyle pojęć tegoż społeczeństwa, ile potrzeb politycznych, ideologicznych, naukowych i czort wie jeszcze jakich, to i tak o istnienie takiego zabiegamy - jako Polacy - od stuleci. I ani widu go, ani słychu! Wciąż na plan pierwszy wybija się naród! A przecież tenże naród (czyt.: narody!) ma tworzyć społeczeństwo, które posługuje się własnym państwem i potrafi się z nim utożsamiać, określa wzajemne stosunki społeczne i instytucje stojące na ich straży, gospodaruje na określonym terytorium, zna swoją wartość mierzoną dorobkiem materialnym, kulturą, nauką… Jest gwarantem trwałości! Również Narodu!
A tu co? Wieczne rozchwianie, niepewność, burzenie, wojowanie, nicowanie jednych przez drugich, wzajemne odmawianie sobie praw, wymachiwanie symbolami, sztandarami i szabelką… Czy można się dziwić, że - jak pisał Norwid - „Europa będzie nas uważać za burzycieli niespokojnych, dlatego że cały alfabet elementarnej - wiedzy - stanu, musimy krwią pisać”? Nawet jeśli się wydawało, że jesteśmy o krok od pójścia w dobrym kierunku, zawsze wyskakiwał królik z kapelusza, który to uniemożliwiał. Po Krzywoustym pojawiły się partykularyzmy dzielnicowe, po Jagiellonach - małostkowość Wazów i rozpasanie Sasów, po Sejmie Wielkim - rozbiory, po bolesnej budowie demokracji - narodowy socjalizm, po jednoczącym entuzjazmie Solidarności - upartyjnienie samorządów… A gdyby wnikliwiej się przyjrzeć temu przysłowiowemu królikowi, to po odarciu go ze skóry pojawiałby się malutki człowieczek z wielkim zadęciem uprawiający swą polityczną prywatę! Oczywiście… „w imię Wielkiej Idei!” I znów nic się nie zmieniło od czasów Norwida, bo… „tak, jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł (…). Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem”.
I jeśli nawet nie do końca właśnie tak jest, to taki obraz mamy bezustannie przed oczyma. Taki nam się serwuje! Taka medialna postępująca indoktrynacja dokonuje się codziennie. I znów w imię prawdy, wspomaganej w tym wypadku przez „jawność” i „prawo do informacji”! I czyj interes w tej atmosferze jątrzenia, konfliktowania, skandalizowania, dzielenia i podburzania kwitnie? Pomijając „króliki” polityczne, tylko właścicieli różnorodnych mediów! O ileż łatwiej przecież - i efektowniej - pokazywać burzenie niż budowanie, rozrywanie niż klejenie, walkę niż negocjacje, tragizm niż szczęście… A że wydawcy dysponują całym arsenałem leniwych narzędzi, które wystarczy ukierunkować, by natychmiast zwietrzyły swoją szansę wybicia się niewielkim nakładem sił ponad inne, sprawa jest prosta! I kształtuje świadomość odbiorców to perpetum mobile, napędzane na zmianę przez polityków i media, media i polityków! A że każde toczenie wytwarza energię, a ta musi znaleźć ujście, rozlegają się trzaski, gromy, grzmoty, biją pioruny… w co popadnie! I znów jest co pokazać! Bo znów ruiny, zgliszcza, ofiary…
Pozostaje tylko jedno pytanie. Jak zwykle, pozostawiane bez odpowiedzi, ale tym dramatyczniej rzucane „w oczy” odbiorcom. Kto to odbuduje? I - zgodnie z wolą właściciela - “subtelnie” nachalne lansowanie jedynego godnego, sprawiedliwego, prawego… Tak! Żeby uprawiać takie dziennikarstwo nie trzeba wysiłku, myślenia, poszukiwania stylu, formy, dobierania słów… Gotowe szablony leżą w redakcjach! Komu tu tłumaczyć, że - jeśli już zacząłem przywoływać Norwida, to przy nim pozostanę - „praca jest tak dalece samodzielnością, iż najemnik ulicę brukujący - jeśli nie wkłada w swoją robotę oryginalnego akcentu, to próżniak. To pojęcie moje o pracy całe jest, bo od brukującego ulicę do Kopernika, toż samo, jedno i zupełne!”
Czy to oznacza, że media są winne temu, iż trudno jest w tym kraju mówić o społeczeństwie? Nie! One tylko z energią wykorzystują każdą polityczną lukę, likwidują każdy zalążek spoiny, rozdmuchują przygasające już ogniska, by nie trzeba było zakasać rękawów i wziąć się do pracy! Bo ta bywa żmudna, nieefektowna, często nisko opłacana, a cel bywa mglisty, odległy i niegwarantujący zysku. A poza tym, jak to opisać?! Nie ma to, jak relacjonowanie sytuacji z placu boju! Społeczeństwo ma prawo wiedzieć! Taka jest nasza misja! Oczywiście, społeczna! A w niektórych mediach - narodowa! I tutaj szkoda, że nikt nie chce pamiętać o innej Norwidowskiej prawdzie: „naród składa się nie tylko z tego, co wyróżnia go od innych, lecz z tego, co go z innymi łączy”.
Rozumiem, że nie każdemu musi odpowiadać mądrość Norwida. Pomyślałem jednak, że może warto byłoby dowiedzieć się, co Jan Paweł II mówił do pielgrzymów, przebywających w Watykanie z okazji 180 rocznicy urodzin czwartego wieszcza. I tekst znalazłem… Ale czy dotrze to do tych rodaków, którzy zamiast analizować papieża słowa, noszą breloczki do kluczy z jego podobizną? Nie mówiąc już o t-shirtach z dumą okazywanych również w aktach agresji, nienawiści i poniżania innych! Tak… Podobizna, to symbol! Sztandar wiodący do boju! A słowa? Było ich tyle, że nijak je przełożyć na czytelne znaki! Wszak jesteśmy dziedzicami mitów i symboli! I walczmy o nie! A jak nikt nam ich nie chce zabrać, to walczmy… między sobą! Przysłowiowy królik dopilnuje, żeby bój toczył się nieustannie! I były z tego konfitury! Przepraszam! Kolejna marchewka!