Królik antyspołeczny

9 sierpnia 2010

„My, obrońcy krzyża! My, prawdziwi Polacy!” Ciekawe… Cóż takiego manifestują ci niezłomni, ci prawdziwi, ci miłujący prawdę? Oczywiście, ICH prawdę! A ta jest jedyna, niepodzielna, do jednego narodu należąca i tylko ICH narodowi patronująca! „Prawdziwym Polakom, prawdziwa prawda się należy! Krzyż ją zaświadcza! I ona nas złączy!” Uff! Jak dobrze, że ja do tego ICHNIEGO narodu nie należę! Nie znoszę szantażu ideologicznego i emocjonalnego, nacjonalistycznego terroryzmu, dewocyjnych krucjat religijnych, nienawiści w walce o miłość, tyranii jednego modelu demokracji i prawd objawionych w śnie pijanego clowna! I jako tak postrzegający tę hucpę, powinienem - jak chce jeden z manifestantów - „na klęczkach błagać naród o przebaczenie”. Tak… „Kiedyż dojdziemy do dni, w których mówić o głupstwie, że jest głupstwem, nie będzie zdradą stanu?!” - już dawno wzdychał Norwid.
A skoro już pada tutaj tak gęsto słowo „naród”, wspomagane jeszcze przez „prawdę” to może warto zastanowić się, cóż te pojęcia znaczą? Może manifestujący mają swoje racje, nazywając siebie narodem? Może potrafią udokumentować i to, że są „prawdziwymi Polakami”? Może nawet bez cudzysłowu? Bo - co widać na pierwszy rzut oka i słychać po pierwszych dźwiękach - łączy ich na pewno język, kultura, religia i historia. A że ubogi to język? Niska kultura? Sekciarska religia? Krótka historia? Cóż, każdy naród ma swoje prapoczątki… Chociaż trudno byłoby udowodnić, że twórcy prapoczątków są świadomi swojej… prapoczątkowości! To jest możliwe tylko w mitach, ale nie w historii!
Ciekawe, że przytoczenie nazw wartości, które mają patronować tej walce popchnęło i moje myślenie ku osobistym pierwocinom rozważań na te tematy. Ku Modrzewskiemu, Potockiemu, Skardze, Staszicowi, Kołłątajowi, wspomnianemu już Norwidowi, Brzozowskiemu… Różne to inspiracje? Różne poglądy? Fakt, ale z nich można wywieść więcej niż z jakichkolwiek encyklopedycznych definicji. Tym bardziej, że w przypadku narodu i prawdy, nie mówiąc już o społeczeństwie jako kategorii socjologicznej, są one wyjątkowo niejednoznaczne. I tu jest pies pogrzebany! W pojęciu społeczeństwa!
Jeśli nawet przyjmiemy, że tyle pojęć tegoż społeczeństwa, ile potrzeb politycznych, ideologicznych, naukowych i czort wie jeszcze jakich, to i tak o istnienie takiego zabiegamy - jako Polacy - od stuleci. I ani widu go, ani słychu! Wciąż na plan pierwszy wybija się naród! A przecież tenże naród (czyt.: narody!) ma tworzyć społeczeństwo, które posługuje się własnym państwem i potrafi się z nim utożsamiać, określa wzajemne stosunki społeczne i instytucje stojące na ich straży, gospodaruje na określonym terytorium, zna swoją wartość mierzoną dorobkiem materialnym, kulturą, nauką… Jest gwarantem trwałości! Również Narodu!
A tu co? Wieczne rozchwianie, niepewność, burzenie, wojowanie, nicowanie jednych przez drugich, wzajemne odmawianie sobie praw, wymachiwanie symbolami, sztandarami i szabelką… Czy można się dziwić, że - jak pisał Norwid - „Europa będzie nas uważać za burzycieli niespokojnych, dlatego że cały alfabet elementarnej - wiedzy - stanu, musimy krwią pisać”? Nawet jeśli się wydawało, że jesteśmy o krok od pójścia w dobrym kierunku, zawsze wyskakiwał królik z kapelusza, który to uniemożliwiał. Po Krzywoustym pojawiły się partykularyzmy dzielnicowe, po Jagiellonach - małostkowość Wazów i rozpasanie Sasów, po Sejmie Wielkim - rozbiory, po bolesnej budowie demokracji - narodowy socjalizm, po jednoczącym entuzjazmie Solidarności - upartyjnienie samorządów… A gdyby wnikliwiej się przyjrzeć temu przysłowiowemu królikowi, to po odarciu go ze skóry pojawiałby się malutki człowieczek z wielkim zadęciem uprawiający swą polityczną prywatę! Oczywiście… „w imię Wielkiej Idei!” I znów nic się nie zmieniło od czasów Norwida, bo… „tak, jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł (…). Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem”.
I jeśli nawet nie do końca właśnie tak jest, to taki obraz mamy bezustannie przed oczyma. Taki nam się serwuje! Taka medialna postępująca indoktrynacja dokonuje się codziennie. I znów w imię prawdy, wspomaganej w tym wypadku przez „jawność” i „prawo do informacji”! I czyj interes w tej atmosferze jątrzenia, konfliktowania, skandalizowania, dzielenia i podburzania kwitnie? Pomijając „króliki” polityczne, tylko właścicieli różnorodnych mediów! O ileż łatwiej przecież - i efektowniej - pokazywać burzenie niż budowanie, rozrywanie niż klejenie, walkę niż negocjacje, tragizm niż szczęście… A że wydawcy dysponują całym arsenałem leniwych narzędzi, które wystarczy ukierunkować, by natychmiast zwietrzyły swoją szansę wybicia się niewielkim nakładem sił ponad inne, sprawa jest prosta! I kształtuje świadomość odbiorców to perpetum mobile, napędzane na zmianę przez polityków i media, media i polityków! A że każde toczenie wytwarza energię, a ta musi znaleźć ujście, rozlegają się trzaski, gromy, grzmoty, biją pioruny… w co popadnie! I znów jest co pokazać! Bo znów ruiny, zgliszcza, ofiary…
Pozostaje tylko jedno pytanie. Jak zwykle, pozostawiane bez odpowiedzi, ale tym dramatyczniej rzucane „w oczy” odbiorcom. Kto to odbuduje? I - zgodnie z wolą właściciela - “subtelnie” nachalne lansowanie jedynego godnego, sprawiedliwego, prawego… Tak! Żeby uprawiać takie dziennikarstwo nie trzeba wysiłku, myślenia, poszukiwania stylu, formy, dobierania słów… Gotowe szablony leżą w redakcjach! Komu tu tłumaczyć, że - jeśli już zacząłem przywoływać Norwida, to przy nim pozostanę - „praca jest tak dalece samodzielnością, iż najemnik ulicę brukujący - jeśli nie wkłada w swoją robotę oryginalnego akcentu, to próżniak. To pojęcie moje o pracy całe jest, bo od brukującego ulicę do Kopernika, toż samo, jedno i zupełne!”
Czy to oznacza, że media są winne temu, iż trudno jest w tym kraju mówić o społeczeństwie? Nie! One tylko z energią wykorzystują każdą polityczną lukę, likwidują każdy zalążek spoiny, rozdmuchują przygasające już ogniska, by nie trzeba było zakasać rękawów i wziąć się do pracy! Bo ta bywa żmudna, nieefektowna, często nisko opłacana, a cel bywa mglisty, odległy i niegwarantujący zysku. A poza tym, jak to opisać?! Nie ma to, jak relacjonowanie sytuacji z placu boju! Społeczeństwo ma prawo wiedzieć! Taka jest nasza misja! Oczywiście, społeczna! A w niektórych mediach - narodowa! I tutaj szkoda, że nikt nie chce pamiętać o innej Norwidowskiej prawdzie: „naród składa się nie tylko z tego, co wyróżnia go od innych, lecz z tego, co go z innymi łączy”.
Rozumiem, że nie każdemu musi odpowiadać mądrość Norwida. Pomyślałem jednak, że może warto byłoby dowiedzieć się, co Jan Paweł II mówił do pielgrzymów, przebywających w Watykanie z okazji 180 rocznicy urodzin czwartego wieszcza. I tekst znalazłem… Ale czy dotrze to do tych rodaków, którzy zamiast analizować papieża słowa, noszą breloczki do kluczy z jego podobizną? Nie mówiąc już o t-shirtach z dumą okazywanych również w aktach agresji, nienawiści i poniżania innych! Tak… Podobizna, to symbol! Sztandar wiodący do boju! A słowa? Było ich tyle, że nijak je przełożyć na czytelne znaki! Wszak jesteśmy dziedzicami mitów i symboli! I walczmy o nie! A jak nikt nam ich nie chce zabrać, to walczmy… między sobą! Przysłowiowy królik dopilnuje, żeby bój toczył się nieustannie! I były z tego konfitury! Przepraszam! Kolejna marchewka!

Pasje? Żer dla pasożytów!

22 lipca 2010

Coraz trudniej o ludzi z pasją! A jeszcze trudniej o grupy takich ludzi! Doświadczają tego wszystkie ruchy społecznikowskie. Nie brakuje natomiast tych, którzy potrafią ich znaleźć, zarazić kolejną ideą i znakomicie na nich zarobić. Przy okazji stawiając warunki, które tylko wzmagają chęć sprostania im przez pasjonatów, a pasożytom dają poczucie… działania!

Nie jest to zjawisko ani nowe, ani też nie zniknie tak szybko. Śmiem nawet twierdzić, że będzie się rozszerzało. A już na pewno będzie rosła liczba pasożytów żerujących na pasjonatach. Na szczęście, niektórzy się nie zorientowali! Naocznym tego przykładem była obecność członków słupskiego Bractwa Rycerskiego Bogusława V na polach Grunwaldu. Nasi pod Grunwaldem! Przecież było to, chociażby w kontekście zbiegającego się z tymi rocznicowymi obchodami jubileuszu lokacji miasta, wydarzenie warte nagłośnienia i znakomicie nadające się do promocji Słupska! Tym bardziej, że w historii Księstwa Słupskiego grunwaldzka rzeczywistość zaznaczyła się chlubnymi kartami i wyjątkowo - nawet jak na tamte czasy - pragmatyczną polityką księcia Bogusława VIII. Na rycerskiej pasji słupszczan - niewielkim kosztem - można było zbudować ciekawą i na pewno nośną akcję promującą miasto. Niestety, ta okazja, przynajmniej dla miejscowych tzw. animatorów promocji i marketingu, była już… zbyt ulotna! A może wymagała nie tylko pracy pozorowanej, ale rzeczywistego zaangażowania i zakasania rękawów?

Takiej okazji nie przepuścili łasi na darmowy żer organizatorzy inscenizacji grunwaldzkiej. Na dodatek niezwykle zachłannie podeszli do… wyssania z pasjonatów ostatniej kropli krwi! I potu! Postawili przed uczestnikami wymagania tyle kosztowne, co obowiązujące tylko ich! Jak najmniej dać od siebie, jak najwięcej żądać - oto dewiza prawdziwie pasożytnicza! Fundacja Grunwald i Urząd Gminy Grunwald zrobili wszystko, żeby ściągające w okolice pola bitwy rycerstwo miało warunki podobne do średniowiecznych. A więc udostępnili im… plac! A nawet opał i deski! Grunwaldzki wójt Henryk Kacprzyk w wypowiedziach prasowych nawet nie krył, że gmina tą jedną imprezą musi zarobić jak najwięcej. I od tej pazerności omal by się nie udławił!

Potężna ogólnopolska akcja promocyjna w mediach spowodowała prawdziwy najazd na jego gminę. Temu organizator już nie podołał! Korki na drogach to najmniejszy problem, chociaż służby medyczne mają na ten temat inne zdanie. Turyści nie mieli się gdzie umyć, załatwić (jedna toy-toya na tysiąc osób), rozbić namiotu, postawić samochodu. Byli bez szans na uzyskanie jakiejkolwiek informacji o punktach sanitarnych, pierwszej pomocy! Żadnego oznakowania, żadnych piktogramów! Żadnych pojemników na śmieci! Pogubiła się policja, a na drogach z założenia jednokierunkowych, co chwilę zmieniały się kierunki ruchu! Kompletny bałagan organizacyjny, w którym potrafili się jednak znaleźć ściągający haracz za kawałek glinianego pola koniczyny pod namiot i samochód. Ale informacji żadnej udzielić nie potrafili! Nawet na temat samej imprezy!

Natomiast bezpośrednio po niej wszyscy odtrąbili w mediach organizacyjny sukces. Tylko pasjonaci chcieli z pól grunwaldzkich jak najszybciej zniknąć. Niektórzy już od początku imprezy tylko o tym myśleli, ale zatrzymała ich pasja! Podziękowano im za to… litrem wody na głowę (ściśle limitowanym) podczas inscenizacji bitwy i możliwością odbycia biesiady rycerskiej, którą sobie zafundowali. Aha! Jeszcze mogli podziwiać z bliska - stojąc zakuci w zbroje na 45-stopniowym upale - ministra Zdrojewskiego wręczającego swojemu wiceministrowi Żuchowskiemu dwa symboliczne miecze! Mogli również… nie usłyszeć ani słowa podziękowania! Nie mówiąc już o wyrazach szacunku! Po bitwie również, bo jak najszybciej - jak podejrzewam - przystąpiono do liczenia kasy!

A ta musi być niemała, jeśli za butelkę wody trzeba było płacić 5 złotych (w sklepie 99 gr), za parking 10 złotych za godzinę, za miejsce pod namiot 40 zł za dobę… Do tego dotacje od sponsorów, dofinansowanie marszałkowskie i ministerialne… Ciekawe, na co poszły te pieniądze, bo główny powód ich otrzymania, czyli inscenizatorzy nie otrzymali ani grosza! Na koncert zespołu Armia? Odtwórców piosenek w rodzaju „Majteczki w kropeczki”? Pokaz sztucznych ogni dla gawiedzi? Bo nie na pasjonatów! Oni do imprezy dołożyli!

Ta pasożytnicza postawa może wkrótce odbić się czkawką! Wiem, że bractwom przejdzie złość, rozżalenie i w przyszłym roku znów stawią się pod Grunwaldem. Ale już nie, jak coraz częściej słychać, tak licznie! Bo przecież nie inscenizacja jest ich celem! Dla nich to tylko pretekst do spotkania, udziału w turniejach, oddania czci bohaterom grunwaldzkiej przeszłości… Jestem przekonany, że bezmyślność organizacyjna doprowadzi do tego, że pasjonatów zastąpią wkrótce aktorskie grupy rekonstruktorów wydarzeń, które słono sobie każą płacić za swoją pracę! Również telewizjom, które żerują na ich widowiskach! I wtedy wszystkie pasożyty będą musiały zacisnąć pasa!

Patriotyzm bez języka

8 lipca 2010

Nie od dzisiaj przeraża mnie szafowanie słowem „patriotyzm”. I przydawanie mu różnych przymiotników. Mieliśmy już patriotyzm narodowy, lokalny, środowiskowy, partyjny, historyczny, rodzinny, a ostatnio doszedł jeszcze patriotyzm pamięci! Wszystko bez rozumienia znaczenia tego słowa i bez szacunku dla języka, który je stworzył. I o ten szacunek mi chodzi!
Rozumiem, że każda kampania wyborcza jest obiecywaniem gruszek na wierzbie. Rozumiem maski kandydatów nierozdzielnie sklejone z ich ekshibicjonizmem. Rozumiem nadużywanie symboli i tworzenie nowych. Nie potrafię jedynie zrozumieć językoznawczych, wynalazczych zapędów kandydatów. Tym bardziej, że upiór „wybitnego językoznawcy” jeszcze potrafi przerażać! Drażni mnie w takim samym stopniu „kilka Polsk”, co „zabici w katastrofie”. Zdegustowany bywam całkowitym ignorowaniem zasad składni i brakiem rozumienia semantyki słowa. Zażenowany tłumaczeniem się przejęzyczeniami i pomyłkami. I obojętnie czy są to kandydaci na najwyższy urząd w państwie, czy na luminarzy lokalnej społeczności. Z tą różnicą, że ci z najwyższej półki są medialnie szerzej eksponowani i dlatego bardziej narażeni na śmieszność, na obnażanie ich językowej indolencji! Ci drudzy, na szczęście, tylko lokalnie!
Drażni mnie to szczególnie w kontekście obnoszenia się ze swoim patriotyzmem. Pouczania o jego sensie i wartości! Większość jedynie słusznych kandydatów dziwnym trafem zapomniała, że ten naród przetrwał wiele burz i zawieruch dziejowych właśnie dzięki językowi. Nieświadomość tego połączona jest dodatkowo z manifestacją lekceważenia dla formy wyrażania swoich myśli. A że sa one nie najwyższych lotów i doniosłości, to tym bardziej powinny być ubrane w starannie wyszykowaną szatę. W takich sytuacjach przypomina mi się uwaga znakomitej słupskiej polonistki Haliny Sznigir. Gdy uczeń plótł coś „bez ładu i składu”, przerywała: „Jeśli w głowie pustka, postaraj się chociaż poprawnie po polsku o niej opowiedzieć”. Szkoda, że nie można do Pani Profesor odesłać tej rzeszy polityków i działaczy, którzy z takim namaszczeniem kaleczą język i na dodatek sugerują… ukryte w niewiedzy treści.
A płynie kolejna fala pustosłowia, nadętych frazesów i niesie następnych „językoznawców”. Idą wybory samorządowe! I znów będzie opowiadanie o tym co zrobiłem, co robię i co zrobię! I znów sprawdzi się stara prawda: Jeśli mówię, że zrobię, to… mówię! I jak zwykle pozostanie fatalna jakość opowieści, nieświadomość znaczenia słów i związków frazeologicznych! Jestem przekonany, że i tym razem będzie się chciało krzyknąć w stronę mówcy: Człowieku! Nie opowiadaj, że idziesz, bo… siedzisz!
Dobrze, że kulminacyjna fala radosnej twórczości językowej kandydatów na prezydenta i ich sztabów przypadła na czas wakacji! Mniej uczniowskich umysłów zostało zatrutych kalekimi tworami słownymi i zarażonych pustą frazeologią o patriotyzmie, dla którego język jest najmniej istotnym elementem. Niestety, szczyt kampanii samorządowej przypadnie na czas wzmożonej aktywności uczniów. Bo to przecież po wakacjach umysły wypoczęte, chłonne i otwarte na wiedzę! Ciekaw jestem, ile językowych potworków znajdzie się przy tej okazji w powszechnym obiegu, a potem tylnymi drzwiami zostanie wprowadzonych do słowników poprawnościowych? Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejne konsylium językoznawczych zwolenników tzw. frekwencyjności występowania słowa w języku mówionym, które nareszcie usankcjonuje czasownik „poszłem”, bo przecież i tak zdarzało się powiedzieć naszym kandydatom! I wielu jeszcze powie! Ale to przecież… przejęzyczenie!
Może warto niekiedy pomyśleć nie tylko o tym, co się chce powiedzieć, ale i jak? Może lepiej zaniechać nieudolnych opowieści o zamiarach, a skupić się na realizacji ich treści? Tylko do kogo ta mowa?! Jak niedawno dało się słyszeć, sięganie po władzę, to patriotyzm partyjny! I w tym dążeniu trzeba być nieugiętym, silnym! Fakt! Jak nie w języku, to w… gębie. Pragnienie władzy jest silniejsze od śmieszności!

Zwycięzcy w nagrodę… symbole!

16 czerwca 2010


No i zaczęło się kaptowanie, namawianie, sondowanie… Wpadł na moją miedzę kolega, by wypytać mnie o preferencje wyborcze. I odpowiedzią musiałem sprawić mu niemały ból, bo zamilkł (raczej „zbełkociał”), zaciął się i najwyraźniej zdegustowany moim wyborem pomaszerował przed siebie. Z jego mruczenia pod nosem wyłowiłem jedynie jakieś frazy o kretynieniu, idioceniu i w ogóle odchodzeniu od zmysłów na stare lata… Może i ma rację, ale ja będę trwał przy swoim. Jak każdy - niech mu będzie - idiota.

O co poszło? O zwykłe wskazanie na osamotnionego bliźniaka jako najlepszego kandydata na prezydenta. Reakcja była tak gwałtowna, że mojego uzasadnienia już nie był ciekaw. Tak go zszokowało samo oświadczenie mojej woli! A szkoda… Może by się do mnie przyłączył? Cóż… ścigać go i przekonywać nie zamierzam. Każdy głupi swój rozum ma! Nie tylko w sferach najwyższych! Ale do tej pory w uszach pobrzmiewa mi jego dramatyczne: Dlaczego? Ach, dlaczegóż?!

A dlatego, że nie lubię dawać… nic tym, których cenię! A w tym przypadku mój głos podwójnie będzie znaczył nic! Po pierwsze dlatego, że akurat te wybory są wyścigiem po nic! No, może nie całkiem, bo trudno wysokie uposażenie, darmowe podróże po świecie i pięć lat mieszkania w pałacu (ze służbą) za friko uznać za absolutne nic! Tym bardziej, że do zakresu obowiązków wpisane będzie jedynie bywanie w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. A reszta? W krótkim czasie przemieni się w piękne symbole, na straży których stać będzie pierwsza osoba w państwie! A wszystko to po uchwaleniu - a w to nie wątpię - ustawy o zmianie Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, której to poselski projekt od lutego leży w Sejmie! Przewiduje on między innymi „znowelizowanie przepisów dotyczących składu Sejmu i Senatu […], zasad rozpatrywania prezydenckiego weta przez Sejm, zasad orzekania przez Trybunał Konstytucyjny w sprawach o zbadanie zgodności ustaw z Konstytucją z wniosku Prezydenta RP, zasad pełnienia obowiązków przez Prezydenta RP […], zasad ratyfikacji umów międzynarodowych, zasad współdziałania organów władzy w zakresie polityki zagranicznej, zasad mianowania przez Prezydenta RP Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego oraz dowódców rodzajów Sił Zbrojnych, zakresu prerogatyw Prezydenta RP, zasad powoływania sędziów…” Uff! Łatwo domyślić się, że parlament zabierze (a przynajmniej ograniczy) wiele instrumentów służących ingerowaniu w rzeczywistość. Jak nic, szkoda zsyłać na takie luksusowe bezrobocie tych, którzy mają jeszcze sporo do zrobienia i potrafią się do tego zabrać!

Po drugie, z rozkoszą będę patrzył - o ile inni pójdą moim śladem (w co, niestety, wątpię) - na człowieka przyzwyczajonego do ciskania gromów, oskarżeń, prowadzenia wojen i knucia intryg, któremu pozostanie miotanie się po pałacowych korytarzach w poczuciu bezsilności i konieczności maskowania swoich myśli, odczuć. Chociaż nie! Pozostaną mu intrygi… pałacowe! Ciskać będzie mógł… Właśnie! Nie za bardzo będzie mógł! Bo jak tu ciskać symbolami? Poprawnościowo nie uchodzi i narazić się można na zarzut poniewierania wartości. Inna rzecz, że na strażnika symboli i mitów jest to kandydatura idealna. Pałac prezydencki już obrósł mistyczną atmosferą i tylko patrzeć jak stanie się miejscem kultu nieznanej jeszcze religii. Ale niewątpliwie wyznawanej przez prawdziwych Polaków. I gdyby miał nim gospodarować ktoś inny… Aż strach pomyśleć!

Szkoda, że kolega nie chciał wysłuchać mojej argumentacji. Dlaczego uważam coś za oczywistą oczywistość… No i przekonać się, że i ciemna masa swój rozum ma, że nie wszystko kupi, i że nie każdemu jej przedstawicielowi można powiedzieć “spadaj, dziadu”! Bo ten zawsze może dać zwycięzcy w nagrodę… symbol! I dziwić się, że obecny premier nie chciał zmienić swojego miejsca i  tytułu? Chyba dobrze wie, że ta gra idzie o nic!

Komunikacyjne rewolucje

27 maja 2010

Zarząd Transportu Miejskiego w Słupsku nie ustaje w staraniach o maksymalne ułatwienie życia pasażerom. A ponieważ jestem stałym klientem przewoźnika jeżdżącego w barwach ZTM, sprawia mi to niewymowną radość. Dziwią mnie jedynie utyskiwania kierowców, ale – wiadomo – wszystkim nie dogodzisz.

Dzięki temu, że kierowcy stosują się do zaleceń organizatora komunikacji i autobusy w razie niepogody podstawiane są wcześniej na przystankach końcowych, mogłem usłyszeć rozmowę kierowcy z jego kolegą. Obaj dziwili się, że trasa linii nr 8 skrócona zostanie do ulicy Konarskiego i tam będzie tzw. końcówka. Ich zdziwienie jednak nie wiązało się z samym zabiegiem „cięcia”, ale z – nazwijmy to delikatnie – krótkowzrocznością takiej decyzji. Inaczej mówiąc, ich pytanie brzmiało następująco: gdzie kierowca ma załatwić potrzebę fizjologiczną na takiej końcówce? I obaj panowie stwierdzili, że facet to „jeszcze jak cię mogę”! No! Chyba, że zdarzy się… rewolucja! Ale jeśli nie, zawsze znajdzie kawałek murku, ogrodzenia, krzaczek, w ostateczności koło autobusu, ale co zrobią zasiadające za kierownicą kobiety? Czy ktoś pomyślał o tym, że jest ich coraz więcej? Panowie mieli wprawdzie propozycje dla pań, ale większość z nich była – powiedzmy otwarcie – nierealna. Przyznam, że początkowo pomyślałem o tym jako o problemie nader błahym, ale gdy przypomniałem sobie widok poboczy na granicy ukraińsko-polskiej w czasach minimum 48-godzinnego oczekiwania na odprawę… Wprawdzie kierowca tyle czasu na końcówce nie przebywa, ale swoje godziny też musi odjeździć!

Ta informacja skłoniła mnie do bliższego zapoznania ze zmianami wprowadzanymi od 1 lipca przez ZTM. A że takie otrzymałem w swoim serwisie prasowym, zacząłem je pilnie studiować. Wprowadzenie niskopodłogowców bardzo mnie ucieszyło. Podobnie jak informacja o nowych autobusach, które otrzyma MZK, chociaż tutaj zacząłem mieć wątpliwości co do zasług w tym względzie ZTM. Ale najbardziej zaskoczyła mnie następująca sprawa: „Linia nr 8 nie zniknie na wakacje. Od 26 czerwca będzie kursować jednak na krótszej trasie, z Osiedla Batorego do Hubalczyków. […] Mając na względzie planowany remont ulicy Arciszewskiego i zmianę tras linii, linia nr 1 zapewni dostęp z Osiedla Akademickiego na Osiedle Niepodległości, a linia nr 8 uzupełni tę ofertę o obsługę osiedli Jana III Sobieskiego, Stefana Batorego, Piastów jak również osiedla Westerplatte (błędy ortograficzne pozwoliłem sobie poprawić)”. Hm.. Z osiedla Batorego do Hubalczyków? W porządku! Ale jak ona obsłuży osiedle Piastów, zlokalizowane – jakby nie było – przy ulicach Szczecińskiej, Koszalińskiej? Tego już nijak doczytać się nie mogłem. W końcu doszedłem do wniosku, że skrócenie linii nr 8 może w rzeczywistości stać się… wydłużeniem, bo autobusy najprawdopodobniej jeździć będą przez Kobylnicę. Bo jak inaczej zahaczą o osiedle Piastów? A może… osiedlom też zmienione zostaną nazwy albo skrócone odległości między nimi? Żadne z tych rozwiązań nie wydało mi się racjonalne, ale…

Tak myślę, że najbardziej racjonalnym pomysłem ZTM jest jednak symboliczne pożegnanie z autobusem autosan i wprowadzenie biletów jubileuszowych z okazji lecia Słupska. Mało kosztowne, a o widowiskowej działalności ZTM i jego trosce o jakość komunikacji w Słupsku wielce świadczące!

Gadatliwy ekshibicjonizm

21 maja 2010

Bywa, że i na miedzy brzęczy telefon. Zawsze jednak mam wybór: odebrać lub nie! Ale tu jestem sam i jak, i o czym rozmawiam, nikt nie słyszy. W obecności innych po prostu rozmów nie prowadzę! Niestety, czasami człowiek zmuszony jest przemieszczać się z miejsca na miejsce środkami komunikacji miejskiej. I wtedy okazuje się, że wsiada do rozmównicy publicznej, w której ktoś zapomniał o zamontowaniu kabin! Ale gadatliwym ekshibicjonistom to nie przeszkadza! A ty, chcesz czy nie, musisz poznawać szczegóły życia osób, które - bywa aż nazbyt często - znasz chociaż z widzenia. Bo to na tym samym przystanku wsiadają, albo w pobliżu mieszkają.

Od sąsiada z “siódemki” dowiedziałem się, że są dzieci piękne i szpetne. Ledwo zajął miejsce za mną, a już wyciągnął telefon i po chwili… - Co? Nie spodziewałeś się, że już zadzwonię? Już dojechaliście? Szybko! No i jak tam nasz Oskarek? Wiesz, jak patrzę na niego, to jakbym takiego aniołka widział! Tak, tak… Jak śpi, szczególnie! Bo on ma taką buźkę cudowną… Nie jak inne dzieci! Wiesz, takie mordy mają, że aż obrzydzenie bierze… Jak z horroru jakiegoś! Zaślinione, zasmarkane… Przyśnić się może… A on jak cudo jakieś! Jak go widziałem w tym samochodzie, w tym łóżeczku… No! Mówię ci, cudowny… No pa, pa! I od razu następny telefon! - No, co nie odbierasz? Dzwoniłem do Ciebie kilka razy… No dobrze! Raz! Jak się czujesz? Nie, specjalnie mnie nie obchodzi. Tak się pytam. Wiesz, jadę do Zbycha! To ma być niespodzianka! A co cię to obchodzi? Miałem ci nie mówić, ale powiem! To będzie niespodzianka… Nie! Nie wyłączaj się! Mówię ci, na pewno się nie spodziewa… I w tym stylu aż do wyjścia z autobusu! Pierwszy krok na przystanku… pożegnanie z rozmówcą!

Sąsiadka (podlotka pod czterdziestkę) z innego bloku miała znacznie poważniejszy problem! I - podobnie do bohatera poprzedniej scenki - podzieliła się nim ze wszystkimi pasażerami  - Terenia? Wiesz, co mi się przydarzyło? Boję się, bo już tydzień spóźnia mi się okres! No… Wiem, wiem.. Widzisz! Krysia poradziła mi, żebym kupiła test ciążowy! Myślisz, że to dobry pomysł? No właśnie! Może lepiej będzie pójść do lekarza? Ale już czy jeszcze poczekać? Dobrze! Zadzwonię do niej! Ona trochę takich rzeczy przeżyła… No i zadzwoniła, powtarzając niemal słowo w słowo informacje podane wcześniej innym pasażerom, wzbogacone dodatkowymi komentarzami, przypadkami z życia Kryśki i wymianą poglądów na temat testów…

I może nie zająłbym się tym zjawiskiem, gdyby nie dzisiejszy przykład autobusowego ekshibicjonizmu. Wsiada babcia z wnuczką - na oko jakieś 4 latka - i już w drzwiach wyciąga “komórkę”. Sadowi siebie i dziewczynkę, a po chwili… ma połączenie. - Marysia? Dzwonię do ciebie, bo zięć znowu zaczął! No… Córka mi w nocy przyprowadziła Marlenkę. Tak, tak… Dalej mieszkają na Banacha (tu pada dokładny adres). No… Wróciła do niego! Nie! Niewiele wiem, ale Marlenka mi opowiadała. No! Jest ze mną! Dać ci ją? Marlenka! Powiedz cioci Marysi, co tata zrobił mamusi… I telefon ląduje w rączkach rezolutnej Marlenki, która bardzo dokładnie opowiada o tym, jak to pijany tatuś wrócił do domu i mama go uderzyła, a on jej oddał i mamie krew popłynęła z nosa… Ale powiedziała, że tylko mnie odprowadzi i zabija cholernego pijaka… A po chwili wsłuchiwania się w głos rozmówczyni: - Tak, ciociu! Ten kolega przychodzi do mamusi jak tata jest w pracy… Tak, wczoraj też był… Nie wiem, co robili, bo się zamknęli w drugim pokoju. Mamusia włączyła mi bajki…

Nie wiem, jak skończyła się ta historia, bo dojechałem do celu. Widząc zadowoloną minę babci - zapewne z inteligencji i elokwencji wnuczki - i wzrok kontrolujący, czy wszyscy dobrze słyszą, poczułem w głowie… kompletną pustkę. Zdobyłem się tylko na staroświeckie i nic obecnie nieznaczące rzucenie w te oczy: - Wstydziłaby się, pani…

A w tym wpisie imion nie zmieniłem! Zostały wszak podane już do wiadomości publicznej przez zainteresowanych!

Grom patriotyzmu

20 maja 2010

Zdarza się, że i w miedzę uderzy grom. Różne są tego skutki, ale zawsze towarzyszy temu zjawisku dużo huku. Na szczęście tylko niekiedy również ognia. Tym razem zjawisku stało się zadość, chociaż przybrało ono postać biesiadnika rocznicowej uroczystości, który “młodemu pokoleniu” zaczął wykładać sens patriotyzmu. A że pamięć mu “dopisywała”, więc dogrzebał się swojego bohaterskiego udziału w wojnach,  działalności opozycyjnej i walce w obronie wiary przed komunistami. Chociaż jego życiorys i wiek tego nie poświadczały!

W zasadzie nie zwracałbym na to uwagi, gdyby nie jego - w formie przerywników - odwoływanie się do mnie: pamiętasz, prawda? I nie czekając mojej odpowiedzi ciągnął dalej. Coraz natarczywiej przewijała mi się przed oczami nastrojowa taśma telewizyjnych doniesień z wielkiego tygodnia żałoby! I może trwałoby to jeszcze długo, gdyby nie zdecydowany sprzeciw słuchaczy pouczanych o wartości narodowej martyrologii, nieśmiertelnych symboli i wzorcowych postaw, moralnych zwycięstw i niezłomnej postawy wobec Niemców, “ruskich komunistów”, żydów… - Człowieku, daj spokój! - usłyszał. - Cóż to ma wspólnego z patriotyzmem? To nie miłość ojczyzny, tylko głupota! To zwykła nienawiść!

No i zaczęły padać gromy. I dawaj razić nieprawomyślnych, niewiernych, zaprzańców sprawy narodowej! W jednym worku piorunowym znalazły się ofiary Katynia i Smoleńska,  męczeńska śmierć Sikorskiego (generała) i Kaczyńskiego, Putin i Tusk z twarzą Judasza, anielska dusza prawdziwego Polaka i diabelskie knowania eurounity, ignorowanie historii i brak szacunku dla tradycji, perfidni Rosjanie i spiskująca żydokomuna, potrzeba bezgranicznej miłości i bezlitosnego tępienia wrogów… A wokół “gromowładnego” robiło się coraz puściej, aż w końcu został sam.

Spoglądam na to zdarzenie z dystansu swojej miedzy i zastanawiam się nad druzgocącym wpływem romantyzmu na mentalność ludzi. Polskiego romantyzmu, wykładanego w szkołach ze szczególną dbałością o kształtowanie jedynie słusznych postaw patriotycznych. Najczęściej przywoływanego w sytuacjach konieczności “poświęcenia krwi pokoleń co piętnaście lat”, stawienia czoła przeważającemu wrogowi, lansującego bohaterszczyznę w opozycji do wszelkich racji, ignorującego fakty na rzecz tworzenia mitów, przedkładającego poetyckie fantazje nad rzeczywistość, wadzącego się z Bogiem o “rząd dusz”, by móc powieść naród na kolejny straceńczy szaniec… By poeta “cudem do życia przywrócony” mógł opisywać rozpacz ocalałych, ból osieroconych, tragedię życia w ruinach i zgliszczach hiperbolizujące wielkość złożonej ofiary! I znów przygotowywać kolejne pokolenia straceńców! Ku niewymownej radości rzeszy rozleniwionych polonistów, którzy przyjmują jak swoją najprostszą interpretację romantyzmu, jaka… utrwalona została przez historię i tradycję! I nic to, że z pominięciem kontekstu… historycznego.

Jakie to szczęście, pomyślałem, że biesiadne “młode pokolenie” miało lepszych nauczycieli lub niezbyt pilnie wsłuchiwało się w ich słowa. Że odróżnia budowanie od burzenia! Dzięki temu zachowało zdrowy rozsądek i potrafi odróżnić patriotyzm śmierci od patriotyzmu życia. Może jeszcze nauczy się odróżniać mit od historii. Ale już teraz nie chce wsłuchiwać się w jadowite, nienawiścią podszyte słowa wypowiadane w imię miłości ojczyzny. Jak to dobrze, że pamięć mu dopisuje i umie zdemaskować farbowanego lisa. Jak dobrze, że indoktrynowane “młode pokolenie” nie podjęło dyskusji, a w zamian wokół lisa wytworzyło pustkę. Dobrze to wróży na przyszłość!

Gorączka poszukiwaczy… winnych

18 maja 2010

Minęło prawie półtora miesiąca od katastrofy w Smoleńsku, a jej echa nie milkną. Media robią wszystko, by atmosfera napięcia, niepewności, podejrzliwości, posądzeń o spisek – obojętnie, rosyjski czy platformowy – nie schodziły z czołówek. Bo nade wszystko trzeba znaleźć winnych! A kto w pierwszej kolejności? Rzecz jasna, piloci! Oni siedzieli na pierwszych fotelach! Oni trzymali stery! Oni wiedzieli, co robić! I nie zrobili!

I nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby pisali o tym domorośli znawcy latania, co to wiedzę o tej sztuce czerpią od pewnej pani, która drugiej pani… Jak większość dziennikarzy. Ale wziął się za to pułkownik Piotr Łukaszewicz! Nie dość, że pilot, to jeszcze były szef szkolenia pilotów. Pułkownikowi Piotrowi można by jeszcze kilka funkcji dopisać, ale poprzestańmy na tych. I cóż takiego ekspert odkrył? Nic! Za katastrofę statku powietrznego czy wodnego odpowiada zawsze jego kapitan! Wyjątkiem są przyczyny w postaci awarii czy złośliwego działania sił natury! A i w takich przypadkach – co potwierdzają liczne przykłady – sadza się go w pierwszym rzędzie oskarżonych. Każdy kapitan (nie mylić z szarżą) obejmując statek ma pełną świadomość swojej odpowiedzialności. Nakłada ją na niego prawo o żegludze (powietrznej czy wodnej), ale też ono chroni go przed niezawinionymi skutkami. A o tym pułkownik Łukaszewicz zapomniał lub… nie kazano mu pamiętać! A że najważniejszą cechą żołnierza wcale nie jest odwaga lecz posłuszeństwo dowódcom… Tylko czy aż do granic samobójstwa? I w tym miejscu pozwoliłem sobie na duży skrót myślowy…

Właśnie! Wśród teorii spiskowych i tych obwiniających pilotów o spowodowanie katastrofy zabrakło mi (a może przeoczyłem) jednego wątku! Terrorystycznego zamachu samobójczego! Kto wie, czy nie byłoby dobrze, gdyby najbardziej z dociekliwych organów śledczych – oczywiście IPN – zajął się związkami pilotów chociażby z Alkaidą… Podrzucam! Może otarli się w swojej służbie o Afganistan albo Irak? I tam zostali skaperowani? A jak w rachubę wchodzą agenci, to do boju musi ruszyć IPN! Tym bardziej, że ich ofiarą padł – że przywołam pogląd powszechnie lansowany przez telewizornię publiczną – wybitny mąż stanu z małżonką! Na dodatek z osobami towarzyszącymi, wśród których – co z lubością akcentowali publiczni komentatorzy – byli bardziej i mniej…

Nie chcę już pastwić się nad „dociekliwymi” specjalistami i dziennikarzami. Chciałbym, żeby nad tą zbiorową mogiłą zapanowała cisza stosowna dla majestatu śmierci. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że tak uporczywe poszukiwanie winnych musi być próbą odwrócenia uwagi od faktów, które dla przyczynowo-skutkowo myślącego człowieka są aż nader oczywiste! Szczególnie, gdy odrobił lekcje z historii antyrosyjskich fobii tej prezydentury…

Ziemia fatalna…

16 kwietnia 2010

Smoleńsk, smoleńszczyzna, ziemia smoleńska nierozłącznie kojarzą się w tych dniach z fatalizmem, klątwą, przekleństwem… Te słowa odmieniane są na różne sposoby i łączone z najprzeróżniejszymi przymiotnikami, podkreślającymi negatywne emocje związane z wydarzeniami sprzed tygodnia i siedemdziesięciu lat. Nasze spojrzenie w tamtą stronę zawsze będzie skażone kłamstwem i obłudą wzajemnych stosunków pomiędzy Polską i jej wschodnim sąsiadem. Katyń nie jest w nich jedynym miejscem wciąż dopominającym się sprawiedliwości i uznania win.

Cóż jest w tej smoleńskiej ziemi takiego, że postrzegamy ją jako metafizyczne miejsce przeklęte, które co pewien czas przypomina o sobie tragediami? Może warto byłoby przywołać zdarzenia, które skazały ją na przekleństwa i klątwy? Bo przecież sama ziemia nie jest niczemu winna! Od zawsze znosić musiała, a i przyjmować, los gotowany jej przez ludzi. A przecież jak w żadnej innej w jedną rzekę zlewa się w niej krew rosyjska i polska, pozostająca po toczonych tu bitwach i wojnach.

Nie ma potrzeby sięgać zbyt głęboko. Wystarczy odsłonić kartę sprzed równo czterystu lat. Kto wie, czy nie dopełniła się klątwa hetmana Stanisława Żółkiewskiego? W 1609 roku za nic nie chciał szturmować Smoleńska. Jak mógł odradzał to królowi Zygmuntowi III Wazie i jego żądnym bogatych łupów poplecznikom. Ale ten uparł się, że najpierw zdobędzie Smoleńsk, a potem ruszy na Moskwę i włoży na swoją głowę kołpak carów. Żółkiewski musiał w końcu ulec i wziął udział w wyprawie zorganizowanej w rzekomej obronie kolejnego cara samozwańca (dymitriadzie). Mimo, że widział w niej jedynie prywatę królewską i całkowite rozmijanie się królewskich ambicji z interesem Rzeczypospolitej. Oblegał Smoleńsk, ale z rad jego nie korzystano. W końcu, po pokonaniu przeważających wojsk cara Szujskiego pod Kłuszynem, ruszył w stronę Moskwy. Jako jedyny wódz europejski ją zdobył, a Polacy okupowali przez blisko dwa lata. Po zawarciu układu z bojarami o oddaniu tronu carskiego królewiczowi Władysławowi, hetman wrócił pod Smoleńsk do tkwiącego pod jego murami króla Zygmunta. Władca nie zaakceptował układu moskiewskiego, bo… nie syna Władysława widział na carskim stolcu, lecz siebie. Żółkiewski nie zdzierżył. Ruszył do Kijowa, by pilnować kresów wschodnich, a na odchodnym miał powiedzieć: Ta ziemia pochłonie tysiące polskiego rycerstwa i nigdy jej syta nie będzie! Tak się płaci prywata i kupczenie narodową niezgodą! Był rok 1610 i smoleńska ziemia jeszcze długo spływała krwią, zanim miasto zostało zdobyte w tej najokrutniejszej z polsko-moskiewskich wojen.

Jak głęboko w kresowej tradycji musiała przetrwać ta skaza, niech świadczy inna opowieść zasłyszana w latach sześćdziesiątych, której trudno odmówić prawdopodobieństwa. Tym bardziej, że dziesiątki innych wieści przekazanych mi przez te same usta, znalazły potwierdzenie w faktach. W 1940 roku, kiedy zastanawiano się, co zrobić z jeńcami polskimi przetrzymywanymi w obozach starobielskim, ostaszkowskim i kozielskim, Ławrientij Beria miał podobno wskazać na Smoleńsk i stwierdzić: Niech Polacy idą do tych, którzy krwi moskiewskiej byli niesyci!

Czy i ten wyrok zrodził fatalizm tej ziemi? Nie! To nienawiść i mściwość rodzą zjawiska, w których skłonni jesteśmy upatrywać działania sił fatalnych, a nasza bezradność wobec zła tylko je potęguje. Nie obwiniajmy ziemi, bo jednako przyjmuje ona ofiary i katów. I nie od rzeczy jest pamiętać, że nade wszystko w chrześcijaństwie - a do tej wspólnoty należą i Polacy i Rosjanie - nie ma ziemi przeklętej! Jest tylko ziemia święta! A ona uczy nas pokory…

 

O chrzanie, wodzie i radości

31 marca 2010

Wielki post mamy już niemal za sobą. Dla 93 procent społeczeństwa polskiego, ankietowych katolików, kończy się czas umartwiania, zadumy i pokuty. Jeszcze tylko pospieszyć do kościołów ze święconką i po rezurekcji będzie można zasiąść do gargantuicznej w swych rozmiarach uczty. Warto jednak w porę przypomnieć sobie o prawach wyposzczonego żołądka.

Przede wszystkim trzeba zabezpieczyć się przed nieuchronną zgagą. A na tę dolegliwość nasi przodkowie znali wiele recept. Najpopularniejszym panaceum było zjedzenie przed wielkanocnym śniadaniem (na czczo) łyżki święconego chrzanu i trzykrotne chuchnięcie w komin. A jeśli komuś chrzan nie smakował lub… komina nie miał, to mógł spokojnie zacząć świąteczny posiłek od usmażonych na maśle pokrzyw. Jasna rzecz, zeszłorocznych. Skutek był gwarantowany… wiekowym doświadczeniem Polaków w obżarstwie! A to było słynne na całą Europę!

Cudzoziemcy, którym Wielkanoc przyszło spędzać wśród naszych rodaków, nie mogli się nadziwić stołom uginającym się od wszelakiego jadła. A było ono wyszukane. Dominowała dziczyzna, wśród której królewskie pierwszeństwo należało przyznać szynce z dzika i pieczeni z daniela lub sarny. Tuż za tymi przysmakami szedł drób – kuropatwy, jarząbki, cietrzewie, dropy i inne „leśne” ptactwo – przyrządzany na kilkanaście sposobów. Kronikarzom i pamiętnikarzom z tamtych lat nieobce były także zięby i czyżyki w jabłkach! Pospolitymi zającami nikt się nie zachwycał, bo z reguły występowały w postaci obowiązkowego pasztetu. I chociaż bez jajka wielkanocnej uczty sobie nie wyobrażano, to nie ono dominowało na stole. Nic dziwnego, że po takiej uczcie, kończonej często grubo po niedzielnej północy, panny i matrony dawały się zaskakiwać w łożach swawolnym dynguśnikom. Śmigały brzozowe witki, lały się hektolitry wody a wszystkiemu towarzyszyły śmiech i radość z pomyślności niesionych przez wielkanocny poniedziałek wróżb.

Teraz spospoliciały nam stoły i obyczaje. Nie mówiąc już o tym, że w mrokach dziejów zginął trzeci dzień Wielkanocy. Na stołach króluje pospolita wieprzowina, która o palmę pierwszeństwa walczy z kurczakiem. Dyngusowa woda nie powoduje śmiechu i radości lecz przerażenie i panikę wśród oblewanych na oślep przechodniów. No i nie ma trzeciego dnia świąt! A z jego tradycją wiąże się to felietonowe przesłanie. Od niego rozpoczynał się okres radości i zabawy. Był dniem zrozumienia dla biednych i pokrzywdzonych przez los. Możni tego świata, jak bywało to chociażby w Krakowie podczas Rękawki, dzielili się dobrami świątecznymi i jadłem, przyjmowali ubogich, chorych i próbowali zaradzić ich sytuacji. I ta postawa zjednywała im uznanie. Chciałoby się, żeby taki „trzeci dzień świąt” trwał cały rok, jeśli już został z kalendarza wymazany. I tej obfitości jadła, radości i zrozumienia dla bliźnich, świątecznego uśmiechu na ulicach wypada życzyć wszystkim. Krotko mówiąc… Wesołych Świąt!